Za obiektywem, czyli skąd ten klimat?
Współczesne obiektywy są jak krojone od linijki – perfekcyjnie ostre, pozbawione wad, skorygowane do granic możliwości i... bezlitośnie nudne. Zdejmują z nas obowiązek szukania światła, serwując sterylny, powtarzalny obrazek.
Na co dzień pracuję na pełnej klatce Canona, ale w pewnym momencie poczułem, że tej cyfrowej matrycy brakuje organicznego oddechu. Zamiast szukać idealnych linii, wolałem poszukać plastyki.
I tak trafiłem w świat manualnej optyki M42 z lat 60. i 70.
To nie jest bezmyślne zbieranie starych gratów. Mój warsztat opiera się na trzech zupełnie różnych filozofach projektowania szkieł z tamtej ery:
Niemiecka precyzja spod znaku wschodnioniemieckiego Zeissa – wyrazisty mikrokontrast, genialne nasycenie i specyficzny, dostojny rysunek (Pancolar czy legendarny Flektogon po prostu nie wybaczają błędów, ale odpłacają się niesamowitą przestrzennością).
Japońska maślana płynność Super Takumarów – niezwykłe, ciepłe barwy, obłędna ergonomia i rysunek, który wybacza nieco więcej. W tym ten mój mały absolut: 8-elementowa pięćdziesiątka f/1.4, która potrafi czarować światłem jak mało co.
Meyrowska malarskość i bąbelkowa fantazja – szkła, do których trzeba mieć cierpliwość, ale to, co wyprawia Trioplan 100/2.8 czy Orestor 135 z tłem, przekracza granice tradycyjnej fotografii i wchodzi w malarstwo.
Gdzieś w tle leżą jeszcze poczciwe Heliosy – nie fotografuję nimi zbyt często, ale szacunek do radzieckiej inżynierii (i do faktu, że połowa z nas na nich zaczynała) po prostu nakazuje mieć je w szafce.
Każde z tych szkieł ma własne, niepowtarzalne wady optyczne – i to właśnie te „wady” są tutaj największą zaletą. Flary, pod światło, lekki spadek ostrości na brzegach czy zawirowania w bokeh tworzą historię, której nie da się wygenerować żadnym suwakiem w Lightroomie.
Nie używam autofokusa, nie spieszę się. Wybieram szkło pod klimat danego dnia, kręcę pierścieniem ostrości i pozwalam optyce sprzed pół wieku opowiedzieć historię na nowo.